Szybkie tempo, plaster-cud i frytki życia
Na Wielką Sowę ruszyliśmy ponownie tylko we dwójkę. Wyjechaliśmy późno, bo dopiero koło 12:00, a na parkingu zameldowaliśmy się około 14:00. Tym razem wybraliśmy duży, płatny parking – mało romantycznie, ale za to bez stresu, że ktoś „przypilnuje” nam auta.
Tempo od startu, bo… zaczęło się w dół
Zaraz po wyjściu z parkingu narzuciliśmy sobie dość szybkie tempo. Początek trasy prowadził asfaltem i to w dół, co oczywiście mogło oznaczać jedno: czeka nas coś stromego w drugą stronę.
Po chwili skręciliśmy w lewo i weszliśmy na szeroką drogę. Słońce dopisywało, turystów było sporo, a podejście – łagodne, ale długie. Idealne na rozkręcenie nóg i rozmowę.
Kamolce, wąska ścieżka i zmęczony rowerzysta
W pewnym momencie szlak odbił w prawo, w wąską, kamienistą ścieżkę. Dla nas okej – umiarkowane podejście, trochę kamyków, trochę korzeni.
Dla pewnego rowerzysty… nieco mniej okej.
Wyprzedziliśmy go akurat, gdy z desperacją w głosie pytał schodzących, czy „jeszcze daleko”. A daleko było. Później już go nie spotkaliśmy – do dziś zastanawiamy się, czy dotarł na szczyt, czy zrezygnował i zjechał bokiem do cywilizacji.
Plaster na odciski, który wyleczył wszystko
Minęliśmy Małą Sowę i znowu weszliśmy na łagodny odcinek. Przed nami szła rodzina z małym chłopcem. Ten natomiast płakał tak, że słyszały go chyba wszystkie sówki w okolicy.
Okazało się, że maluch się przewrócił i uderzył. Wyciągnęliśmy jedyny plaster, jaki mieliśmy – co prawda był to plaster na odciski, ale zadziałał jak czar.
Ból? Zniknął.
Łzy? Wyparowały.
Chłopiec? Wrócił do życia.
Czujemy, że zrobiliśmy dobry uczynek, nawet jeśli uratował go tak naprawdę efekt placebo.
Ostatnia prosta i… tłumy jak na festynie
Przed samym szczytem Wielkiej Sowy trzeba jeszcze wdrapać się na ostatni, ostrzejszy odcinek. Nic dramatycznego, ale potrafi podkręcić tętno.
Na górze czekał nas klasyk: mnóstwo ludzi. Turyści napływali dosłownie z każdej strony. Zrobiliśmy zdjęcia przy tabliczce i od razu ruszyliśmy po nagrodę – frytki z budki.
I uwaga…
Były ciut niedosmażone.
Były mało posolone.
Były jakby nasiąknięte tłuszczem.
I smakowały jak najlepsze frytki świata. Góry robią swoje.
W dół przez las – i odkrycie, które nas zatrzymało
Zaczęliśmy schodzić szlakiem korzeniastym, między drzewami. Wąsko, kamienie, trochę jak koryto strumienia. Bardzo przyjemnie, ale wymagająco dla stawów, bo trzeba patrzeć pod nogi.
I nagle – jakby się pojawiło znikąd – stare schronisko.
Kiedyś już tędy szliśmy, ale chyba bardziej się spieszyliśmy, bo dopiero teraz zwróciliśmy na nie uwagę. Drewniane, klimatyczne, jakby zamknięte w czasie. Później dowiedzieliśmy się, że trwa zbiórka, żeby je uratować przed zamknięciem.
Piękne, kruche i absolutnie warte wsparcia.
„Dlaczego pod górę, skoro schodzimy?” – klasyk Bartka
Idziemy dalej i… szlak nagle zaczyna prowadzić pod górę.
– Ale przecież schodzimy?
– Tak, ale z Bartkiem nigdy nie można być niczego pewnym.
Jak jest nuda, to zawsze znajdzie sposób, żeby urozmaicić trasę.
Przed ostatnim zejściem dotarliśmy na wzniesienie z lokalami gastronomicznymi. Prowadzi tam bardzo stroma, ale utwardzona droga, więc – oczywiście – wjeżdżają tam samochody.
Zjeżdżać stamtąd piechotą jest naprawdę niefajnie. Stroma, prosta, długa linia cierpienia.
Pierwszy raz poznałam tę końcówkę na Wyrypie Gór Sowich. Pamiętam, że wolałam biec niż iść, bo mięśnie ud i palce stóp odmówiły współpracy. Z opowieści Bartka wiem, że nawet ci, którzy nienawidzą biegania – tutaj biegną, żeby skrócić mękę.
My tym razem zeszliśmy spokojnie, prosto na parking, wsiadaliśmy do auta z uśmiechem i zmęczeniem w nogach. Trzeba było odpocząć, bo następnego dnia czekała nas trasa na Rudawiec i Kowadło.
Ale to już kolejna historia.
Kilka słów o Wielkiej Sowie i okolicy
Wielka Sowa to najwyższy szczyt Gór Sowich (1015 m n.p.m.) i jeden z najbardziej rozpoznawalnych punktów na mapie Dolnego Śląska. Na jej wierzchołku stoi charakterystyczna, ponad stuletnia kamienna wieża widokowa — zdecydowanie warto wejść na górę choćby po to, by zobaczyć panoramę Sudetów, a przy dobrej pogodzie nawet Karkonosze.
Góry Sowie są pełne historii i tajemnic. W okolicy znajdziesz między innymi:
Kompleks Riese – pozostałości ogromnego, niedokończonego projektu z czasów II wojny światowej.
Schronisko Sowa i Schronisko Orzeł – kultowe miejsca na trasie, idealne na odpoczynek.
Mała Sowa – mniej uczęszczany szczyt z ładną, spokojniejszą trasą.
Wielka Sowa zimą – jedno z najpiękniejszych miejsc na zimowe wędrówki, z baśniowymi lasami i świetnymi trasami biegowymi.
To idealny rejon zarówno na krótkie spacery, jak i dłuższe wyrypy górskie.
A jeśli po Wielkiej Sowie masz ochotę na kolejne górskie przygody, to podrzucam coś, co ułatwi Ci życie 😉
W naszym ebooku „Korona Ci z nieba nie spadnie” zebraliśmy 17 gotowych propozycji tras, które pomogą Ci zdobyć 23 szczyty Korony Gór Dolnego Śląska – bez błądzenia, stresu i wieczornego przekopywania map.
W środku znajdziesz m.in.:
✔️ przejrzyste opisy podejść, zdjęcia i wskazówki z terenu,
✔️ praktyczne podpowiedzi dotyczące odżywiania i przygotowania do wypraw,
✔️ listę rzeczy, które naprawdę warto spakować,
✔️ dostęp do naszej zamkniętej grupy na Telegramie, gdzie możesz pytać, konsultować i planować dalsze wycieczki.
Jeśli chcesz chodzić po górach z większą pewnością i mniejszą ilością „niechcący dodanych” kilometrów — ten ebook to dobry kompan na start 💚

